like a geek

The Social Network – recenzja

Cały ranek wymyślałem przenośnie, które miały pokazać jak szybko można zasnąć na filmie o serwisie internetowym. Wszystkie skrupulatnie usunąłem.

, video: Sony Pictures

The Social network to najnowsze dzieło Davida Finchera, reżysera Siedem i Fight Clubu. Film opowiada historię powstania Facebooka. Podobno jest całkiem zgodny z rzeczywistością, chociaż Zuckerberg, założyciel FB twierdzi inaczej. Ale co on tam może wiedzieć?

Czy Fincher brałby się za kiepski film?

Kiedy oglądałem zwiastun (możecie go obejrzeć powyżej), nie byłem zachwycony. Powiem więcej. Po tym jak w zwiastunie pokazano scenę, w której bohaterowie rozmawiają o liczbie wejść na stronę, powiedziałem tylko o rany, pewnie ktoś z pracy będzie kazał mi to obejrzeć. Dopiero kiedy dowidziałem się, kto jest twórcą filmu, przestałem do niego podchodzić sceptycznie.

Social Network jest filmem podobnym do August, ale lżejszym i zabawniejszym.

Z reguły podobają mi się filmy, w których pojawiają się wielkie roboty albo lasery. Jeszcze bardziej lubię takie, w których wielkie roboty strzelają z laserów;). W The Social Network nie ma ani jednego, ani drugiego. To nie film o hackerach, więc nie ma też Hugh Jackmana, który z wprawą zawodowego pianisty tworzy zakodowane 192-bitowym kluczem trojany-hydry i wprowadza je do sieci. Są sceny przy komputerach, ale jest na nich normalne oprogramowanie.

Jakie role, tacy aktorzy

Jest również Justin Timberlake i… jacyś aktorzy, grający wcześnie w jakichś filmach takie role jak Mąż na ruchomych schodach albo Koleżanka Amy. Mam jednak nadzieję, że filmowy Zuck (przecudownie cyniczny Jesse Eisenberg) wystąpi jeszcze gdzieś.

W sumie to dla gry Eisenberga mógłbym obejrzeć Zombieland 2, czymkolwiek ten film jest. Nie wiem czy to kwestia tekstów, czy samej osoby, ale stworzona przez niego postać była świetna. Żadnego nadęcia typu rety, gram najmłodszego miliardera na świecie, muszę zjeść kanapkę z łabędziem, tylko bluza z kapturem i cynizm w czystej postaci - jak przystało na studenta informatyki.

Pozostali aktorzy też nie udają wielkich gwiazd, ale zachowują się jak studenci. To dobrze, bo właśnie studentów grają. Nawet bracia Winklevos mają taki akcent i ulizane włosy jakie powinny mieć stereotypowe osiłki z amerykańskiej uczelni. Klimat dopełnia muzyka, która już od początku wpada w ucho.

Nie zabrakło również obrazu stereotypowego studenta informatyki, który postanawia trochę poprogramować przy piwie, kiedy cała uczelnia imprezuje. Szkoda tylko, że scenarzysta poświęcił na to dobre dwie minuty, podczas których można było dowiedzieć się jak za pomocą wgeta pobrać podstrony zabezpieczonego serwisu bla bla bla jakiś za długi informatyczny bełkot bla bla bla.

To jedyna scena, która znudziła nawet mnie. Normalnej osobie, która nie zna takich słów jak pechape i algorytm radziłbym wyjść po popcorn albo zobaczyć co słychać na Facebooku. Na plus zasługuje za to rozsądne pokazanie procesu programowania: to nie żadna magia, ale wymagający skupienia proces i rozwiązania przychodzące w niespodziewanych momentach. Nawet scena, w której Zuck w jakieś 30 sekund dodaje do Facebooka opcję status związku faktycznie mogła tyle trwać.

7/10. No, może siedem i pół

W Social Network zwrócono nawet uwagę na ważne kwestie, takie jak kradzież własności intelektualnej (wokół tego kręci się fabuła) i publiczny dostęp do danych opublikowanych w sieci. Po wczorajszym wieczorze mam wątpliwości, czy pani Krysia zwróci na to uwagę. Ogólnie, to pani Krysia powinna przed wyjściem do kina dowiedzieć się co to domena, kim jest Bill Gates, jak zarabiają serwisy internetowe itp. Bez tego może nie zrozumieć o co właściwie chodzi.

Co ciekawe, Facebook jest jednak tylko tłem fabuły i chwytem marketingowym, mającym ściągnąć do kina osoby, które nigdy nie obejrzałyby niczego, co dotyczy programistów. To dobrze, bo straciłyby zaskakująco udany film.

Komentarze są własnością użytkowników. Zastrzegam sobie prawo do ich usuwania, jeśli uznam je za nieodpowiednie. Więcej w polityce prywatności.