like a geek

Prywatność w Internecie? Już była

spersonalizowana reklama będzie wszędzie

Prywatności w sieci nie ma. A poza nią? Za parę lat nie będzie czegoś takiego jak poza nią, więc nie będzie też prywatności. Proste.

, foto: colodio (CC)

Dawno, dawno temu Internet był anonimowy. Nikt nie dostosowywał reklam do oglądanych treści (bo nie było nawet reklam). Nikt nie rozpoznawał internauty po używanych fontach i wersji Flasha. Co prawda z Internetu korzystały wtedy ze dwa tuziny naukowców i czterech generałów, więc po samym nicku można było domyślić się, że Sir Kowal to doktor inżynier Kowalski z gabinetu obok.

Reklama Leki na serce i układ krążenia kupuję zawsze w aptece internetowej apteka-zielona.pl

Pamiętam, jak w liceum graliśmy w sieciówkę polegającą na sterowaniu trójkątami, które strzelały do innych trójkątów. W pewnym momencie do gry dołączył Danio, który nie mógł być nikim innym jak prowadzącym zajęcia i jednocześnie autorem gry. Nick wskazywał jednoznacznie, że to Groźny Admin! O, nie!

Kiedy wszyscy myśleli, że sytuacja jest już przegrana, okazało się, że to jeden z kolegów robi sobie żarty i zmienia swoją tożsamość. Nauczyciel pewnie grał pod nickiem agnieszka12. Ten sposób na rozpoznanie internauty nie był najlepszy… Podejrzewam jednak, że tak musiała wyglądać atmosfera i takie same żarty robiono na amerykańskich uczelniach technicznych pół wieku temu.

Prywatność według Google’a

Teraz mamy Google, Facebooka i pół miliarda agencji interaktywnych, których wysłannicy zaglądają ci przez wirtualne ramię. Chcą wiedzieć co czytasz i jakich wakacji szukasz. Wczoraj Grzegorz z Antywebu skarżył się, że po całej sieci krążą za nim te same reklamy biur podróży. Skąd reklamodawcy wiedzą, że się tam wybiera?

Napisałem udostępnia, a nie daje statystyki. Wbrew pozorom nie są one darmowe. Walutą jest po prostu informacja, a nie złotówka. Dowiedz się więcej na temat informacji jako waluty.

Google udostępnia właścicielom stron bardzo użyteczny skrypt pokazujący statystyki odwiedzin witryny. Jednocześnie zachowuje sobie te dane i zestawia je z informacjami z tysięcy innych serwisów. Dzięki temu wie, że Grzegorz odwiedzał strony o wakacjach w Grecji. A zgadnijcie w jaki sposób znalazł te strony?

Reklama Gdzie lokata? Przekonaj się jak inwestować z zyskiem!

To sprytne, prawda?

Cała magia dzieje się, kiedy do akcji wkraczają reklamodawcy. Google wykupuje od tysięcy małych stron miejsce na reklamy (co ciekawe, płaci im w dolarach, a nie danymi, co jasno pokazuje która waluta jest bardziej wartościowa). Umieszcza tam grafiki i ogłoszenia swoich partnerów. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że reklamy są dopasowane do konkretnego internauty! Jakiś facet w modnym garniturze musiał kiedyś zrobić prezentację w PowerPointcie, która pokazała, że dopasowane reklamy są skuteczniejsze i się potoczyło. Gdyby nie on, do dziś dostawalibyśmy jakieś losowe bannery, których skuteczność wynosi zero.

Zadbamy o twoją prywatność

Jako że niektórzy nie czują się komfortowo kiedy reklamy latają za nimi po całej sieci, do przegladąrek dodano tzw. tryb porno, w którym prywatne dane nie są zbierane. Przynajmniej przez niezbyt cwaniakujące firmy. Nazwa tryb porno jest nieprzypadkowa, bo oznacza, że możesz oglądać strony z gołymi panienkami, a następnego dnia w pracy nie wyskoczy ci reklama pejczy i kajdanek z futerkiem.

Czy sieciowi giganci nie chcą już zarabiać na spersonalizowanych reklamach? Wręcz przeciwnie. Pokazują, że dbają o zachowanie prywatności, ale w rzeczywistości i tak nikt nie korzysta z trybu anonimowego, bo to niewygodne. Strony nie są zapamiętywane, więc po wpisaniu o w pasku adresu przeglądarka nie uzupełni tego automatycznie do onet.pl. To tylko zagrywka PR-owa.

Chcemy wiedzieć gdzie jesz!

Zbieranie danych o użytkownikach idzie znacznie dalej! Jakiś Kanadyjczyk wpakował do mojego telefonu odbiornik GPS. Telefon bardzo chciałby dodać dane o lokalizacji w której robiłem zdjęcie i zapisać je we właściwościach pliku. Kiedy wyślę taką focię na Fejsunia, pan Zuckerberg będzie już wiedział przed lustrem jakiej restauracji zrobiłem zdjęcie. Wcale nie przesadzam! Dokładność GPS-a w budynku to jakieś 2-3 metry, a Google Maps może automatycznie dodać zdjęcie dachu budynku w którym przebywm. I nie, nie wkleję zrzutu ekranu, bo widać na nim w którym pokoju siedzę.

Równie dobrze jakiś facet z Facebooka może zadzwonić do właściciela restauracji i powiedzieć, że wprost przepadam za mrożoną latte i chętnie za nią zapłacę. Po tej informacji kelner będzie mógł podejść i zaproponować mi to co lubię, a nie jakieś wstrętne flaki.

Tak samo będzie kiedy wyślesz żonie e-maila ze swoim zdjęciem w przymierzanej koszuli. Jako że korzystasz z Gmaila, pan Google szybko skontaktuje się z panią Wólczanką i powie jej, że ostatnio szukałeś w sieci spinek do mankietów. Z pewnością zaprezentuje jakąś fantastyczną promocję specjalnie dla fanów firmy na Facebooku.

Taka lekka paranoja

W czasie urlopu czułem się doskonale, kiedy uświadomiłem sobie, że nikogo nie interesuje jaką prasę czytam, ulotki jakich barów wyrzucam do kosza i gdzie jestem. Przez moment zacząłem się nawet zastanawiać czy nie trzeba nigdzie zgłaszać, że przebywam poza miejscem zamieszkania.

Na szczęście już (jeszcze?) nie trzeba:).

Tak, mam w kieszeni GPS, ale korzystam tylko z odbiornika, a zdjęć nie geotaguję. A niech tylko któraś aplikacja spróbuje bez pytania przesłać informacje o przebytej trasie! Zaraz ją usunę, razem z kontem w serwisie.

To doskonale pokazuje, dlaczego Internet jest bardziej lubiany przez reklamodawców niż prasa albo radio. Właścicieli radia nie da się tak łatwo śledzić, co oznacza, że nie uda się przedstawić klientowi ładnych wykresów podczas prezentacji.

Ale zaraz, o czym to ja miałem pisać? O prywatności? No bez żartów 

skomentuj

Komentarze są własnością użytkowników. Zastrzegam sobie prawo do ich usuwania, jeśli uznam je za nieodpowiednie. Więcej w polityce prywatności.