Mieszkanie w biurze wynajmę

Kiedy praca przez Internet stanie się popularniejsza, biura opustoszeją. Może ktoś wynajmie je jako mieszkania dla pracowników zdalnych?
Marcin Kosedowski, foto: korona-pl, (CC)
Tylko jeden na stu Polaków pracuje na odległość. Może się jednak zdarzyć, że za kilkadziesiąt lat standardem stanie się telepraca. Praca przez Internet, dla oddalonej o tysiące kilometrów firmy, może okazać się koniecznością ze względu na jakąś wielką zarazę, niedobór paliw na dojazdy do pracy albo jakieś głupie pomysły ekoterrorystów.
Dla kogo praca przez Internet?
A może po prostu korporacje stwierdzą, że praca zdalna jest tańsza. Technicznie, przy drobnych zmianach, zdalnie mogłoby pracować znacznie więcej osób niż obecnie. Księgowi, duża część urzędników, telemarketerzy i programiści to oczywiste cele
. Zaraz za nimi idą wszystkie osoby, których praca polega na pisaniu setek e-maili dziennie. Co za różnica, czy robią to z domu czy z korporacyjnego biura w centrum miasta?
Zwolnieni wcale nie muszą być freelancerami. Taki zawiadowca ruchu na dworcu albo policjant przyjmujący zgłoszenie też może siedzieć w domu, przed Skypem. Projekt Internet Eyes pokazuje, że tak samo mogliby działać ludzie od monitoringu. Nawet chirurdzy już dziś mogą wykonywać operacje sterując robotem przez Internet.
Oni wszyscy naprawdę nie muszą siedzieć w biurze od poniedziałku do piątku od 8 do 16. Nikomu by nie zaszkodziło, gdyby pani Krysia z księgowości część pracy zrobiła z domu. W tym czasie jej biurko mógłby zajmować ktoś inny. To oczywista oszczędność dla pracodawcy, więc pewnie będą coraz częściej proponować taką formę pracy. O ile tylko pracownicy będą w stanie zmotywować się do pracy w domu, bez szefa nad głową.
Kto następny po zwolnienie?
Dołóżmy do tego postępującą automatyzację dużej części procesów produkcyjnych i już kolejne osoby mogą zostać w domu. Dajmy jednego pomocnika robota, nadzorującego pracę maszyny, zamiast pięciu pań składających elementy na taśmie. To się dzieje na naszych oczach!
Widziałem tę samą linię produkcyjną 5 lat temu i w ubiegłym roku. Przybyło na niej kilka nowych czujników, ubyło za to pań. Obecnie większość z nich tylko przykręca śrubki (dokładny i szybki robot cały czas jest droższy), ale testy są w dużej mierze zautomatyzowane. Kierowcy też będą mogli pożegnać się ze swoimi posadami, bo inteligentne
samochody, autobusy i tramwaje będą jeździły same.
Mało? Niech Unia Europejska da trochę kasy na aktywację osób z uboższych terenów, a zaraz pojawi się parę osób z Warszawy, które chętnie zatrudnią kogoś z Łomży. Ale zaraz, dlaczego z Łomży, a nie Indii? Tam jest taniej, a odległość nie ma znaczenia. Google intensywnie pracuje nad translatorami, a pan Gates nad rozpoznawaniem mowy, więc może uda się dogadać z Hindusami.
Puste biura - do wynajęcia?
Za kilkadziesiąt lat na miejscu może pracować tylko grupa specjalistów – techników w fabrykach czy strażaków. Nawet menadżerowie mogą się spotykać wyłącznie na telekonferencjach jeśli zabraknie paliwa dla samolotów albo wybuchnie parę wulkanów.
Opustoszeją wszystkie urzędy, a wynajmowane biura okażą się niepotrzebne. Coś trzeba będzie z nimi zrobić, bo to przecież tysiące metrów powierzchni, często w centrach miast. Może przekształcą się w lofty, tak jak teraz supermodne (i absurdalnie drogie) mieszkania w starych halach fabrycznych? A może macie inne pomysły na to, co zrobić z biurami, które okażą się niepotrzebne jeśli okaże się, że zarabianie pieniędzy przez Internet jest standardem?
A Ty? Zamieszkasz w biurze?
Wyobraź to sobie. Jesteś motorniczym tramwaju, który zdalnie nadzoruje kilka maszyn. Mieszkasz w biurowcu w centrum miasta, gdzie masz do dyspozycji coś, co w gospodarce starego typu nazywano openspacem. Na jeden dzień w tygodniu wychodzisz z biura, żeby udać się na firmowe spotkanie w jakiejś restauracji albo wynajętej willi. Jeśli akurat nie możesz, załatwiasz sprawę przez jakiegoś następcę Sype'a. Myślę, że to wcale nie bajka. Zdalnie może pracować więcej niż 1% populacji, a skoro to możliwe i opłacalne, to prędzej czy później się zdarzy.
Problem będą mieli tylko ludzie starej daty (w sensie my:), którzy przyzwyczaili się do tego, że pracuje się w domku nad jeziorem, a odpoczywają w biurze. A może odwrotnie?
19 komentarzy
Skomentuj!
Formatowanie komentarzy: *emfaza*, **silna emfaza**, >cytat, [tytul linka](http://adres.pl), nowa linia: dwa entery.
Komentarze są własnością użytkowników. Zastrzegam sobie prawo do ich usuwania, jeśli uznam je za nieodpowiednie.
Jak sobie wyobrażasz zdalne podawanie frytek w KFC?
Nie wyobrażam sobie wcale. To oczywiste, że niektórych zawodów nie da się wykonywać zdalnie. Twierdzę tylko, że sporo z prac, które wykonuje się w biurach można przenieść poza nie.
Citation needed. Gates (mówimy o Billu?) nie pracuje już w MS.
No i jaką alternatywę oferujesz tym wszystkim, których właśnie zwolniłeś?
Nie jest właścicielem - jest głównym udziałowcem i jednym z członków zarządu (chairman).
Porównanie do kapitana parowca jest o tyle nie trafione, że Marcin chce zwolnić pracowników wielu zawodów, a nie tylko jednego ;)
@pecet: myślisz, że w przyszłości prace fizyczne będą wykonywać ludzie? ;)
Myślę, że faktycznie biura zaczną być wykorzystywane do mieszkania. Może już niektórzy to robią Sama taką opcję rozważałam ;-).
Chirurg może wykonywać operację zdalnie tylko dlatego, że na miejscu jest spory zespół, który coś jednak robi. I który naciska Ctrl+Alt+Del w razie czego. Motorniczy tramwaju od czasu do czasu musi wybiec z kabiny i na szybko coś podłubać, bo sprzęt rozkraczył się na środku skrzyżowania. Kontroler ruchu musi czasem fizycznie coś zobaczyć. I tak dalej.
Inhabitant, niektóre prace fizyczne na pewno. Maszyny świetnie sprawdzają się tam, gdzie szeroko pojęte warunki pracy są niezmienne i z góry przewidziane. Słowem, w doskonałym świecie. Albo w sytuacji, gdy wydaliśmy sporo na to, żeby warunki były możliwie do tej doskonałości zbliżone choć w tym niewielkim zakresie, w jakim to danej maszynie potrzebne.
Ciekawa wizja fizycznej pracy wykonywanej wyłącznie przez maszyny była w "Pianoli" Kurta Vonneguta, polecam.
Jeszcze jedno. Ubocznym skutkiem wprowadzania automatyzacji jest sytuacja, w której coraz później wchodzi się na rynek pracy. Coraz więcej trzeba wcześniej umieć, co przekłada się na to, że coraz więcej trzeba wcześniej wydać. Skutki społeczne mogą nie być przyjemne.
"Widziałem tę samą linię produkcyjną 5 lat temu i w ubiegłym roku. Przybyło na niej kilka nowych czujników, ubyło za to pań. Obecnie większość z nich tylko przykręca śrubki (dokładny i szybki robot cały czas jest droższy), ale testy są w dużej mierze zautomatyzowane. "
Tu chodzi nie tylko o koszt robota.
Chodzi też o wydajność procesu. Jeśli, daj Boże, zamówienia wzrosną i przekroczą wydajność robota -- jesteśmy w d***e -- bo szybko nowego robota nie kupimy. A jeśli ten proces wykonuje operator-człowiek -- to po prostu dorzucamy drugiego operatora, dajemy mu (tańszy od robota) śrubokręt i niech wkręca. Output procesu * 2.
W drugą stronę też to działa -- jak zamówienia spadną, to robot będzie stal bezużytecznie i nie będzie na siebie zarabiał, a amortyzację i inne koszta i tak trzeba będzie ponosić. A jak masz ludzi od tego -- to wkręcą ile trzeba i poślesz ich do innej pracy.
Dlatego proste czynności manualne raczej zawsze będą wykonywane przez człowieka -- przynajmniej w tych firmach, w których na koszta patrzy się nie tylko przez pryzmat czasu zwrotu inwestycji ale również przez elastyczność procesu.
@BTM: nie o to chodzi, że ja chcę ich zwolnić, ale trzeba mieć świadomość tego, że coraz więcej osób będzie niepotrzebnych. Zresztą to się dzieje cały czas - jakiś zawód przestaje być potrzebny, więc znika. Kapitan parowca to dobry przykład, bo jest podobny di kierowcy np. tramwaju. Równie dobrze można nim sterować z zewnątrz. Bezobsługowe kolejki jeżdżą m.in. w Dubaju, więc kierowcy musieli pożegnać się z pracą, a paru pewnie zostało jako nadzór pracujący gdzieś w biurze.
@Inhabitant: a ja myślę, że właśnie taką pracę jak kelnerzy mogą wykonywać ludzie. Może niekoniecznie w KFC, ale w restauracjach pewnie tak, ze względu na całą otoczkę jedzenia. Jakbym chciał po prostu dostarczyć sobie parę kalorii, kupiłbym batonika w samoobsługowej maszynie stojącej na ulicy.
@Polnik: czyli i tak wszystko sprowadza się do kosztów robota:). Przecież firma może kupić sobie 10 nadmiarowych maszyn i trzymać je na zapas w magazynie, bo może kiedyś będzie trzeba z nich skorzystać. Oczywiście nikt tak nie robi, bo maszyny są drogie.
Nie, kapitan parowca i kierowca tramwaju nie jest dobrym porównaniem - kapitana parowca zastąpił kapitan innego typu statku, a Ty chcesz motorniczych zastąpić maszynami, które będzie obsługiwać kilku pracowników. Czyli w tym miejscu nie zachodzi zamiana miejsc pracy tylko ich likwidacja.
Robotyzacja montażu o której tu pisałeś to też dosyć ciężki temat. Koszty robota to tylko część wydatków (wcale nie największa) jakie trzeba ponieść. Do tego dochodzi całe oprzyrządowanie (chwytaki, czujniki, urządzenia transportowe) oraz pan Zdzisław który to programuje (oczywiście na terenie zakładu, bo koszt programowania zdalnego jest astronomiczny i zaczyna się opłacać dopiero gdy mamy fabrykę samochodów). Są firmy które zajmują się tylko programowaniem robotów, ale oni też sobie tanio nie liczą.
Do tego dochodzi pan Marian który przerabia produkt od nowa żeby był "design for automated assembly". Oczywiście musi pojawić się pan Rysiu z utrzymania ruchu który będzie doglądał czy wszystko pracuje jak należy. Najlepiej mieć 3 panów Ryszardów, bo żeby robot się zwrócił to dobrze by było żeby pracował 24h/7dni. Do tego dochodzi kwestia elastyczności i wydajności o której pisał Polinik.
Jednym słowem, nie tak łatwo jest usunąć ludzi z produkcji. Pozbędziesz się jednego robotnika, to na jego miejsce pojawia się 5 inżynierów. Fabryki bez ludzi to ciągle sci-fi.
Marcin: Polinik, nie Polnik, nie wiem czemu, ale to dość częste przeinaczenie. :)
Do rzeczy:
Nikt nie kupi maszyny, żeby stała na magazynie. Z kilku powodów, nie tylko kosztów robota:
-- maszyny to środek trwały, za który trzeba płacić koszty amortyzacji. Jeśli maszyna nie pracuje --> na siebie nie zarabia --> tracisz -- bo co miesiąc i tak płacisz amortyzację.
-- maszyny po kupieniu tracą na wartości -- jak będą stały na magazynie "na przyszłość" -- to tracisz realne pieniądze, w dodatku nie zarabiasz na tym nowych pieniążków.
-- w księgowości nie jestem oblatany, ale takie rzeczy pojawiają się w bilansie finansowym spółki -- tu chyba też pojawiają się jakieś podatki.
-- Jak masz kasę -- to możesz ją zainwestować, niepotrzebnych maszyn -- nie.
-- Dodatkowo dochodzi do tego co pisał ours -- obsługa takiego robota to również dodatkowe etaty i pieniążki -- mechanicy, inżynierowie, którzy muszą robić Preventive Maintenance (po polskiemu to chyba "przegląd okresowy"). Więc wyeliminujesz operatora montażu, ale zaangażujesz mechanika do maszyny.
Dlatego nie ma opcji, żeby jakakolwiek firma kupowała maszyny "na wszelki wypadek". Zysk z tego absolutnie żaden, a koszty -- znaczne, większe nisz koszt samej maszyny.
Dlatego lepiej inwestować w elastyczność procesu, niż w automatyzować na siłę.
Szerzej pisałem o tym tu (autopromocja, ale powiązana):
http://lean.polinik.pl/2010/05/07/kombajny-na-produkcji/
@Polinik: przepraszam za literówkę. Ja się z tobą zgadzam w kwestii tego, że ludzie są bardziej elastyczni, ale i tak twoje argumenty sprowadzają do pieniędzy.
@ours: gdyby na miejsce jednego robotnika pojawiało się pięciu inżynierów to dalej żylibyśmy w erze manufaktur. A jakoś nie żyjemy. Fabryki bez ludzi to SF, ale fabryki zatrudniające mniej osób niż teraz - nie.
@BTM: w moim przykładzie motorniczy zamienił się w faceta, który zdalnie kieruje tramwajem. Żeby uniknąć dyskusji pominąłem automatyczne samochodu...;)
@Marcin: trzymając się tego pomysłu (z motorniczym) to nie ma on sensu - bo zakładamy, że dalej ratio motorniczy:tramwaj jest 1:1 - czyli potrzeba im wybudować Motorniczy Center, gdzie każdy sobie siedzi przy Tramwaj Symulator 2030 i jedzie swoim tramwajem. Akurat wątpię byt tak odpowiedzialny zawód dało się wykonywać z domu ;-)
@Marcin:
Ja w firmie zatrudniam wielu ludzi, i o ile do obsługi użyszkodników jak support i forum można mieć ludzi zdalnych, to właśnie programistów najbardziej cenimy lokalnych, bo łatwiej się ich szkoli i podnosi kwalifikacje. Trzeba ugadać jak coś zrobić - siadasz przy stoliku i gadasz. Baaa, te osoby po jakimś czasie mogły by pracować zdalnie, ALE NIE CHCĄ! Dlaczego? Bo praca w biurze pozwala im posiadać dom i prace. A jak pracujesz w domu, to zawsze jesteś w pracy. I choćbyś nie wiem jak się starał, nie osiągniesz takiej wydajności w domu, jak w pracy, kiedy po prostu patrzą się na Ciebie inni ludzie i trzymają się wszyscy razem pewnego rygoru - no bo nie położysz się spać, kiedy każdy to widzi. Tak samo zmusza Cię to do wstania rano i wyjścia z domu. Ja sam pracuję od wielu lat w domu i właśnie zamierzam z tego zrezygnować, bo choćbym nie wiem jakie miał plany, zawsze coś mnie rozprasza.
@BTM: no jak się nie da, jak się da:). W Dubaju jeździ takie metro [źródło].
@Thinker: to już zależy od osoby. Ja w pracy zawsze się obijałem, bo taki przykład szedł od innych osób: skoro oni co chwilę wychodzą na fajkę, przeciągają przerwy albo kombinują jak by obejrzeć film, żeby wyglądało to na ciężką pracę, to czemu ja miałbym się starać?
Zapominacie, że nie każdy się nadaje do pracy zdalnej. Właściwie to myślę, że większość się nie nadaje. Do tego trzeba sporo dyscypliny - nie tylko własnej, ale też domowników, którzy wiedzą, że teraz tatuś jest w pracy, więc nie pójdzie po bułki, nie wyjdzie z pieskiem itp.
Słyszałem nawet przypadek, że gość pierwszy miesiąc pracy z domu spędził w piwnicy, bo inaczej nie mógł się skupić na robocie - cały czas coś mu w domu przeszkadzało...
Niemniej jednak, niewykluczone, że społeczeństwo (jako całość - dzieci i żona też) dorośnie do takiej pracy...
pracuję z niewielkimi przerwami zdalnie od kilkunastu lat.
znałem człowieka, który prowadził zdalnie (na odleglość kilkuset km) naprawdę sporą firmę (co prawda miał tam wspólnika, ale cała strategię robił on zdalnie). żeby pracowac wydajnie, miał w domu gabinet. zamykał się na klucz +telefon +faks (potem +internet). a wyrozumiała żona zajmowała się dzieckiem i wołała go na obiad (może dlatego, że przynosił do domu 'really big dollars'.
ale jesli masz rodzinę, w zyciu której współuczestniczysz, praca w domu nigdy na dłuższą metę sie nie uda - mam na mysli oczywiście pracę, w której trzeba sie skupić.
pewnym wyjściem jest coworking - pozwala wyraźnie rozdzielić sferę prywatna od zawodowej.